13:40 | Posted in , , , ,
Wyjezdzamy z dworca w Yangonie z ciekawoscia obserwowani przez miejscowych ;) - smieja sie, usmiechaja, pokazuja palcami, z niesmialoscia probuja mierzyc sie z naszymi, wysokimi chlopakami.







Nigdzie wczesniej w Azji (Wietnam, Indonezja) i nie tylko nie spotkalismy sie z taka sympatia ze strony zupelnie obcych ludzi! Ich ciekawosc nie jest inwazyjna, usmiechy szczere, pomoc bezinteresowna. Nie oczekuja napiwkow, chetnie pozuja do zdjec domagajac sie pokazania efektow ;), prosza nawet o zrobienie im zdjec a nawet zdarzylo nam sie w takiej sytuacji uslyszec 'dziekuje'!
W podrozy doslownie opiekuja sie nami - czestuja swoim posilkiem (czesto podrozuja z plastikowym koszyczkiem wypelnionym wiktem), posuwaja sie ustepujac miejsca, zagaduja jesli tylko potrafia a jak nie to w ruch idzie jezyk ciala.
Najzabawniejsza i najbardziej dramatyczna sytuacja przydarzyla nam sie w Yangonie - Szlismy we czworke bardzo ruchliwa ulica i kiedy mijalismy usmiechnietego Birmanczyka ten tak sie na nas zapatrzyl... ze wpadl pod nadjezdzajacy samochod! Na szczescie auto jechalo z jakas minimalna predkoscia i obylo sie bez ofiar.
Podczas naszej podrozy po Birmie spotkalismy wiele fantastycznych osob - kilku chcielibysmy poswiecic osobny wpis na blogu.



Do Kin Pun docieramy ok 12:00, zatrzymuje sie w hotelu Pann Myo Thu Inn - bungalow 4osobowy (wychodzi taniej). Dopiero wieczorem okazuje sie, ze dostepna tylko zimna woda. Brrr.



Tutaj tez poznajemy Mr Koko - naszego dobrego ducha pobytu w Kin Pun (ale o nim w osobym wpisie). Za jego namowa stolujemy sie w Kaun San Restauracji - tanio, smacznie i w przyjemnej, rodzinnej atmosferze. Jako deser dostajemy cudownie slodkie cukierki w stylu toffi/krowka. Niestety nie poradzilismy sobie z bariera jezykowa i do tej pory nie wiemy co to bylo i jak sie nazywalo.

Na ulicy sprzedaja smaczne 'biale', smazone nalesniki, posypane do wyboru: cukrem, maslem orzeczowym lub podane z jajkiem, krojone na kawalki wielkimi nozycami krawieckimi. Na straganach kroluja suszone, kandyzowane owoce wszelkiej masci. My zajadamy sie zakupiona mieszanka roznych owocow.

Ale do rzeczy - przyjechalismy tutaj zeby zobaczyc Golden Rock, skale ktora balansuje na krawedzi z powodu precyzyjnie umiejscowionego w jej wnetrzu wlosa Buddy (jak glosi legenda). Wazne miejsce pielgrzymek Birmanczykow.

Sama skala nie robi na nas duzego wrazenia, ale w pamieci z pewnoscia pozostanie droga jaka przebylismy zeby sie do niej dostac ;)



Najpierw zapakowano nas (doslownie) na pake ciezarowki, upychajac jak sardynki. Auto nie ruszy dopoki jakakolwiek wolna przestrzen nie zostanie wypelniona.



No i jedziemy, prawie pionowo po gorskich serpentynach, niczym u Tuwima truck sapie, dyszy i dmucha. Docieramy do stacji Kyaiktiyo, gdzie turysci dalej musza juz isc piechota. Teraz to my sapiemy i dyszymy wspinajac sie po drodze wijacej sie ostro w gore. Mijane po drodze stoiska kusza zimna cola ;)
Opcja dla wygodnych (czyt. leniwych) to wniesienie na lektyce wlasnego ciala a bagazy na plecach Birmanczykow w specjalnych koszach.



Zdyszani docieramy do okienka kontrolnego, jeszcze tylko zakup biletow po czym buty w dlon i juz na boso ruszamy na spotkanie Zlotego Kamienia. Potem tylko marsz w dol, rownie forsowny jak ten w gore bo nachyl drogi jest tak duzy, ze nogi bola i docieramy do stacji przesiadkowej. Obserwujemy chlopcow grajacych chinlone - to tradycyjny sport birmański, który jest kombinacją sportów walki jak i tańca, w którym kopie się małą piłką zrobioną z rattanu.



Nielada wrazen dostarcza wieczorny zjazd ciezarowka w dol do Kin Pun! W szalonym tempie pokonujemy kolejne gorskie zakrety. Dziewczyny nieco przestraszone i zziebniete, chlopcy w siodmym niebie ;)

Wieczorem zas niespodzianka - 'party' przygotowane przez Mr Koko (ale o tym pozniej);)
��

Comments

0 responses to "KIN PUN - GOLDEN ROCK (15.12.2010)"