04:19 | Posted in , , , ,
Zapraszamy pod adres:

Galeria Birma 2010
��
09:06 | Posted in , ,


Zapraszamy do czytania naszego bloga z wyprawy do Birmy, ktora odbyla sie miedzy
13tym a 30tym grudnia 2010 roku.

Wiekszosc wpisow pochodzi ze stycznia 2011 (update juz z Polski) ze wzgledu na klopoty z dostepem do blogger.com w samej Birmie.

Ponizej nasze subiektywne odczucia, wspomnienia przezytych chwil i przygod zilustrowane zdjeciami. Jesli zas bardziej interesuja Was szczegolowe informacje co, gdzie, kiedy i za ile - zapraszamy do zakladki 'info praktyczne'.

Pocztowki z pobytu JUZ W GALERII. ZAPRASZAMY ;-D



W razie pytan prosimy pisac na: kejsper -at- gmail.com
W BKK ladujemy pozno bo ok 20:00, potem sky train, metro, taxi i ok 22:00 ladujemy na Khao-San Road. Na szczescie nocleg zarezerwowalismy jeszcze podczas pierwszego pobytu w miescie wiec od razu kierujemy sie do hotelu. Wieczorny spacer po okolicy i czlowiek nabiera wrazenia jakby caly swiat zjechal by swietowac tutaj Nowy Rok ;).
Szczegolnych planow na kolejne dni nie mamy. Chcemy odpoczac, zrobic zakupy, skorzystac z miejscowych gar-kuchni z pysznosciami.

Jedziemy jednak do China Town a potem do dzielnicy, ze slynnym ping-pong show.
China Town tetni zyciem, na ulicach co rusz cos sie smazy, gotuje a amatorow chinszczyzny nie brakuje. Probujemy pysznego soku z granata, jakis slodkich przekasek.





Podczas buszowania wsrod stoisk z pamiatkami, ciuchami, bizuteria itd spotykamy pare z Krakowa: Marta i Kuba tez spedza sylwestra w BKK. Wymieniamy sie telefonami i umawiamy na wieczor noworoczny.

Ja funduje sobie upominek w postaci wizyty w tajskim salonie kosmetycznym - manicure, pedicure ;)

Sylwestrowa noc spedzamy w towarzystwie wspomnianych wyzej Polakow - Marty i Kuby, Wlocha - Massimo i Wietnamki - Doan. Jest cudownie bo cieplo, miedzynarodowo, spokojnie bez nerwowki, zadnych przygotowan, spontanicznie. 10..9..8..7..6..5..4..3..2..1..HAPPY NEW YEAR! Krzyczymy i wpadamy sobie w ramiona na platformie nad rzeka Chao Phra Ya. W oddali puszczane do nieba swiatelka i fajerwerki. Wracamy na Khao-San Road i dajemy sie poniesc ludzkiej fali ;) wpadamy do napotkanych po drodze knajpek, tanczymy i ruszamy dalej. Mijamy zaklad kosmetyczno-fryzjerski (ten sam, w ktorym pare godzin wczesniej poddawalam sie zabiegom), w ktorym trwa w najlepsze impreza, dolaczamy sie na pare tancow-wigibancow. Pozujemy do zdjec szalonemu Wlochowi, chlopcy cwicza swoj wietnamski akcent z Doan ;). A propos dowiadujemy sie KIM jest nasza nowa znajoma - to Doan Hoang: rezyserka obsypanego nagrodami 'Oh, Saigon' (wiecej na http://www.ohsaigon.com/).
Obserwujemy uliczne popisy breakdance, zajadamy sie nalesnikami z bananem, swiezymi ananasami.
I tak caly wieczor - spacer po ulicach, taniec przy glosnej muzyce, zajadanie sie pysznosciami tajskiej kuchni.
Zmeczeni ok drugiej nad ranem wracamy do hotelu.

Kolejnego dnia przedluzamy checkout w naszym guesthousie (doplacajac polowe stawki dziennej), pakujemy sie i jako wisienke na torcie serwujemy sobie wszyscy masaz tajski (30min=100BT)! Przyjemnosc, czasem na granicy bolu, ale cudownie odpreza ;)
Chaung Tha Beach opuszczamy rankiem (10:00) z nadzieja, ze powrotna podroz do Yangonu bedzie krotsza (hotel zapewnia, ze 7 godzin), przyjemniejsza i przede wszystkim bezposrednia.

Do Yangonu docieramy ok 17:00 bez wiekszych problemow. Nie ma szans na pokonanie tej trasy w 4.5 godz! Siedem godzin to i tak sporo zeby poczuc zmeczenie wiec kierujemy sie prosto do znanego nam juz White House Hotel (miejsce na wszelki wypadek zarezerwowalismy sobie bedac w Chaung Tha). Mamy chrapke na ich 'swiatowe' sniadanie ;). Tym razem wybieramy opcje tansza, bez lazienki. Pokoje okazuja sie malutkie - w zasadzie miesci sie w nich lozko a po wstawieniu plecakow nie ma juz na nic wiecej miejsca ;).

Sympatyczny wlasciciel poleca Golden Duck na wieczorny posilek. Strzal w dziesiatke! Smaczny slodko-kwasny kurczak, smazony kurczak z warzywami! Niektorzy maja chrapke na kaczke ;) na talerzach gosci prezentuje sie smakowicie. Nastepnego dnia okazuje sie, ze jedynie wyglada, gorzej smakuje. Niektorzy zawiedzeni, ci , ktorzy postawili na sprawdzone dania - w pelni usatysfakcjonowani ;)





Czwartkowe popoludnie mija nam na upominkowych zakupach na Bogyoke Market. Twardo sie targujemy; ostatecznie obie strony wychodza z transakcji zadowolone ;) - Birmanczycy zarobione pieniadze nazywaja 'lucky money' (szczesliwe pieniadze) i 'oklepuja' nimi towar na stoisku.



Na markecie roi sie od mundurowych. Kazdy nasz zakup jest kontrolowany, policjanci patrza nam sie na rece jak wyciagamy pieniadze z kieszeni. Jakby czekali abysmy zaczeli placic w dolarach. Momentalnie z marketu znikaja "obchodne kantory", ludzie u ktorych wymienialismy pieniadze. Czekamy zatem z wymiana. Po jakiejs godzinie sytuacja sie uspokaja a na Bogyoke znowu rzadzi fraza "change money?" i wszystko wraca do normy. Przelicznik przy mniejszych banknotach (wymienamy tylko 60$) jest jeszcze gorszy niz normalnie (860 K za 1$).

Kupujemy glownie koszulki Myanmar, produkty z laki, papierowe parasolki, makatki, magnesy itd. Na jednym stoisku mamy do zaplacenia 3$, dajemy banknot 5 dolarowy i dostajemy 1200kiatow. Zaczyna sie dyskusja, kobieta doklada nam jeszcze 200kiatow. Chcemy kolejnych 200 albo anulujemy zakup, ostatecznie pieniadze laduja w naszych kieszeniach.

Zaopatrujemy sie w tanie tutaj uzywki: whisky na sylwestrowa zabawe w BKK ;) i papierosy. Srednia cena paczki papierosow to 650kyatow, blisko naszego hotelu znajdujemy sklep gdzie Red Ruby kosztuja 550, ostatecznie kupuje 43 paczki za 22 tysiace (510 za paczke). Sprzedajaca Pani wyglada na bardzo zadowolona, ja rowniez wychodze ze sklepu z usmiechem :)

Nie mozemy odpuscic sobie gotowanej kukurydzy i slodziutkiego pomelo.

O 17:40 podroza na lotnisko konczy sie nasza przygoda z Birma.
Shwe Ya Min Hotel okazal sie miejscem z bardzo sympatyczna i zawsze usmiechnieta obsluga. Zamieszkalismy w dwoch murowanych bungalow zaopatrzonych w moskitiery nie tylko w oknach, ale i dodatkowo w pokojach. Komary nie beda nam zatem straszne.

Hotel to rowniez restauracja serwujaca ryby, owoce morza i klasyczne dania miejscowe. Chlopakom szczegolnie przypadla do gustu pikantna zupa tajska z krewetkami. Hitem okazala sie zamowiona ostatniego dnia ryba na parze podana w gotujacym sie na 'ruszcie' kociolku.

Plaza jako ostatni punkt programu to przede wszystkim chill out. Zatem spacerujemy po plazy (glownie), odwiedzamy wioske.

Na plazy moc atrakcji ;) - mozna wypozyczyc rowery, poplywac w wielkiej detce, wypic sok ze swiezego kokosa, zapatrzyc sie na latawce, posmakowac grilowanej krewetki lub ryby (serwowane nabite na patyk), zakupic obraz z owocami morza (!). Tylko z lezakami problem. Jest kilka hotelowych, ale nie dziala serwis wynajmu. Korzystamy zatem z tych hotelowych.
Tubylcy kapia sie tylko w odzieniu.







Wieczorem obowiazkowo spacer po plazy o zachodzie slonca ;).



Kolejnego dnia za namowa LP probujemy dostac sie na polnocna plaze. Trzeba minac Hotel ACE, pokonac kamienisty odcinek i wylania sie kawalek pustej plazy. Nasze jedyne towarzystwo to dzieci pasace kozy, ktore wykazuja nami duze zainteresowanie ;) (dzieci, oczywiscie). Wprawdzie to nie jest jeszcze white sand beach, o ktorym pisze LP (ta znajduje sie miedzy widoczna w oddali pierwsza i druga pagoda), ale nam w zupelnosci wystarczy.

W drodze powrotnej spotykamy Polakow (podroznikow)- malzenstwo z synem Mackiem.
Jestesmy swiadkami krecenia kolejnego odcinka birmanskiej telenoweli (trafiamy na dramatyczny epizod bo jedna z bohaterek zanosi sie placzem).

Spacerujemy po plazy, oddajemy sie drzemkom, jemy, smakujemy, probujemy i tak przez dwa dni ;)

Do Yangonu dotarlismy ok 5 nad ranem po prawie 13 godzinach nocnej jazdy! Zanim udalo sie nam wypakowac bagaze byla juz 05:25 a tu czas goni bo autobus na plaze juz o 06:00, ale zeby nieco turystom utrudnic zycie, z zupelnie innego 'dworca' (Dagon Ayer High Way Station). Taxowkarz juz na wstepie oznajmil, ze nie zdazymy, ale kolejny autobus odchodzi pol godziny pozniej. Zatem jedziemy!

05:58(!)docieramy na miejsce - autobus wciaz stoi, ale miejsc wolnych nie ma! Chyba, ze chcemy siedziec na dodatkowych siedzeniach w przejsciu. Dosc popularny sposob podrozowania w Birmie - rozkladane siedzenia w stylu naszych pociagowych tyle ze miekkie i z dodatkowo rozkladanym oparciem. Szybka konsultacja i decyzja jedziemy, w koncu to bezposredni kurs, jakies 4.5 godz wedlug blogowiczow, ktorych notki przeczytalismy przed wyjazdem. A my bardzo chcemy na plaze ;)

Bilety kupione, plecaki w rece i do autobusu a tam .... autobus pelen kobiet, dzieci, mlodych birmanczykow, bagazy a rozkladanych siedzen ani sladu! Za to w przejsciu miedzy siedzeniami czekaja na nas cztery urocze, malutkie, plastikowe stoleczki!!! Jazda przez ponad cztery godziny nabiera innego znaczenia. No nic jak powiedzialo sie A ....

Tylko, ze to byl jedynie poczatek najbardziej hardkorowej i pouczajacej podrozy jaka nam sie dotad przytrafila w Azji. W skrocie bylo tak:



- 06:00 ruszamy z dworca w Yangonie 'wygodnie' rozsiadwszy sie na plasikowych mini stoleczkach
- 06:15 swad w autobusie, lekko zadymiony tyl, niezadowolone pomrukiwania Birmanczykow
- 06:30 smrod nie do zniesienia, mocno zadymiony tyl, Birmanczycy krzycza, bus staje - awaria! W przydroznym 'barze' czekamy na mechanika



- 08:00 podjezdza 'nowy' autobus (kolejny kurs wiec juz nieco wypelniony ludzmi), pakujemy sie wszyscy razem z bagazami, ciasno, ale hurraaa sa prawdziwe rozkladane siedzenia, probujemy spac (rurki wrzynaja sie w plecy!)
- 11:30 przesiadka w Pathein i 30min oczekiwania na kolejny autobus
- 12:00 przyjezda, jedziemy zaledwie 15 min i kolejna zmiana srodka lokomocji(!), nikt nie potrafi wyjasnic dlaczego?! W zasadzie od 16:00 dnia poprzedniego nie jedlismy
- 13:30 pojawia sie kolejny bus typu cargo czyli caly bagaznik zawalony worami z plodami rolnymi i bog wie czym jeszcze, tam tez laduja nasze plecaki. My zas w dosc wyjatkowy sposob wchodzimy do autobusu bo na czworakach (!) poniewaz caly autobus w srodku wypelniony jest wielkimi worami z ryzem, ktore zapelniaja szczelnie glowne przejscie miedzy siedzeniami jak i przestrzen pod nimi. Docieramy na koniec busa, gdzie przydzielono nam miejsca. Zapakowanie wszystkich podroznych w takim sposob nieco trwa, ale w koncu ruszamy. Kurzy sie niemilosiernie bo wszystko nieszczelne.




-14:00 przymusowy postoj - trzeba wymienic kolo!



-14:30 ruszamy. Jedyny sposob wyjscia z autobusu podczas przerwy - przez okno.



-17:00 w koncu (!) bez przeszkod, wolno, gorzysta, waska droga docieramy na miejsce. Nikt nie ma nawet sily cieszyc sie, ze jednak dotarlismy.

Podsumowanie: droga Yangon - Chaung Tha Beach - 11 godzin! Dodac do tego wczesniejsze prawie 13 z Bagan do Yangonu wychodzi 24h w autobusach!

Szacunek dla Birmanczykow, ktory przez cala te mordercza podroz zachowali spokoj, pogode ducha, poczucie humoru. Malo tego opiekowali sie nami podczas calej podrozy.
Traktowani gorzej niz worki z ryzem ani przez chwile nie dali sie wyprowadzic z rownowagii.

Dzien uratowalo krolewskie niemal powitanie przez Menadzerke hotelu, ktory jeszcze w Bagan zarezerwowalismy (Shwe Ya Min Hotel) - czekaly na nas usmiechniete dziewczyny z zimnymi napojami i mokrymi reczniczkami ;)
13:49 | Posted in , , ,
A wlasciwie w miejscowosci Nyaung U, w ktorej bedziemy nocowac. Obszar zwany Bagan to ta wioska wlasnie plus Old (Stary) & New (Nowy) Bagan. Pomiedzy tymi trzema punktami, na przestrzeni ponad 40 km znajduja sie setki stup i swiatyn. To pozostalosc po starożytnej stolicy kilku królestw w Birmie z tego okresu. Wystarczy wdrapac sie na czubek ktorejs z nich zeby zachwycic sie widokiem wokol! Pieknie zwlaszcza o swicie kiedy poranna mgla wciaz pokrywa to miejsce.











Po przyjezdzie kierujemy sie od razu do LP pick (sugestii) czyli hotelu New Heaven. I tu zawod bo pokoje wolne tylko gdzies na tylach, zatechle i nieprzyjemne. Dziewczyny rozsiadaja sie zatem w 'A little of Bagan' knajpce, ktora przez najblizsze dni bedzie nas karmic ;) a chlopcy ruszaja na poszukiwanie noclegu.
Pol godziny pozniej dorozka docieraja do nas poslancy z liscikiem ;) i poleceniem by bez obaw oddac sie im pod opieke (takie pomysly maja nasi faceci ;). W ten sposob docieramy do Inn Wa Hotel - czysto, przestonnie, sympatyczna obsluga.

Poniewaz do Bagan docieramy w czwartkowe popoludnie wiec zeby nie tracic dnia postanawiamy zobaczyc zachod slonca ze szczytu jednej ze swiatyn. Pieknie, ale tloczno (sprzedacy, turysci, naganiacze)! Zdecydowanie przyjemniej jest dokladnie w tym samym miejscu z rana - ani zywej duszy, tylko my i historia.

Z Inn Wa do strefy archeologicznej jedziemy kolejnego dnia jakies 20 min wypozyczonym rowerem.



Mamy okazje doswiadczyc probki prawdziwej birmanskiej goscinnosci w Myinkaba wiosce (tuz za Old Bagan). Zupelnie przypadkowo trafiamy do przydroznej knajpki na wczesny lunch. Zamawiamy nalesniki, ale mlody mezczyzna informuje nas, ze rodzice sa jeszcze na targu, a on nie jest pewien czy potrafi sam zrobic takie same nalesniki jak mama, ale sprobuje, no chyba ze wolimy poczekac ;) Wybieramy jego wersje nalesnikow ;)
Czekamy dluuuugo i w koncu na ratunek adeptowi sztuki kucharskiej przychodzi rodzicielka a my dostajemy dlugo wyczekiwany posilek. Jowialny Pan domu chetnie z nami rozmawia, wydaje sie byc szczerze zadowolony z naszej obecnosci. Na odchodnym otrzymujemy w prezencie: dziewczyny - bransoletki, chlopcy - azjatycka wersje otwieracza do butelek!

W wiosce poznajemy od kuchni technike wyrobu produktow z laki. Bardzo interesujace jak czasochlonny jest to proces! Na targu kupujemy cudowne cukierki - platki tamaryndowe.
Po czym odddajemy sie calkowicie miejscu - krazymy od jednej swiatyni do drugiej, zagladamy do srodka, wspinamy sie po ciemnych i waskich schodach na ich szczyty. Wspaniale spedzony dzien.

Konczy sie malym incydentem - w rowerze Piotra przebija sie detka, o dalszej jezdzie nie ma mowy. Zostawiamy wiec naszych towarzyszy podrozy a sami na naszych Wigry 3 ruszamy do miasta po pomoc czyli jakis transport (bylismy baaaaaaaardzo daleko od hotelu).
Sami zobaczcie jaka pomoc udalo nam sie sprowadzic ;-D



Przez caly dzien korzystamy z birmanskiej wersji ochrony przed filtramu UV czyli tanaki. Kobiety, dzieci i rzadziej mezczyzni codziennie starannie smaruja nim twarze wymalowujac najczesciej kolka lub duze kwadraty.



A to jeden z bardziej dizajnerskich wzorow jakie widzielismy (dziewczynka spotkana w Mandalay) ;)



W Bagan wypada nam spedzic swieta Bozego Narodzenia. Dla mnie (Monika) pierwsze spedzone poza domem a juz na pewno w 35st ;-)
Ci ktorzy sledza nasze wojaze pamietaja byc moze jak spedzilismy poprzednie swieta Wielkiej Nocy - przy suchych toscikach i jajku ;) (dla przypomnienia http://www.wietnam2010.pl/2010/04/sajgon-05032010.html). Tym razem bylo na bogato, ale jakze malo swiatecznie - ugoscila nas tego wieczoru hinduska restauracja ;) Smacznie za to na pewno bylo...



I tylko smutno, ze Bagan to kawal historii, na ktorej junta wojskowa odcisnela swoje pietno. UNESCO odmawia wpisania Bagan na Liste Swiatowego Dziedzictwa bo junta przypadkowo odrestaurowuje stupy nie baczac na ich styl architektoniczny czy uzyte materialy. Na terenie strefy archeologicznej tworzy pole golfowe, stawia wieze widokowa, buduje betonowa autostrade! I niestety turysci w jakis sposob sie do tej wolnej amerykanki przykladaja - nie da sie wjechac do miasta bez uiszczenia obowiazkowej oplaty 10$....
��