Shwe Ya Min Hotel okazal sie miejscem z bardzo sympatyczna i zawsze usmiechnieta obsluga. Zamieszkalismy w dwoch murowanych bungalow zaopatrzonych w moskitiery nie tylko w oknach, ale i dodatkowo w pokojach. Komary nie beda nam zatem straszne.

Hotel to rowniez restauracja serwujaca ryby, owoce morza i klasyczne dania miejscowe. Chlopakom szczegolnie przypadla do gustu pikantna zupa tajska z krewetkami. Hitem okazala sie zamowiona ostatniego dnia ryba na parze podana w gotujacym sie na 'ruszcie' kociolku.

Plaza jako ostatni punkt programu to przede wszystkim chill out. Zatem spacerujemy po plazy (glownie), odwiedzamy wioske.

Na plazy moc atrakcji ;) - mozna wypozyczyc rowery, poplywac w wielkiej detce, wypic sok ze swiezego kokosa, zapatrzyc sie na latawce, posmakowac grilowanej krewetki lub ryby (serwowane nabite na patyk), zakupic obraz z owocami morza (!). Tylko z lezakami problem. Jest kilka hotelowych, ale nie dziala serwis wynajmu. Korzystamy zatem z tych hotelowych.
Tubylcy kapia sie tylko w odzieniu.







Wieczorem obowiazkowo spacer po plazy o zachodzie slonca ;).



Kolejnego dnia za namowa LP probujemy dostac sie na polnocna plaze. Trzeba minac Hotel ACE, pokonac kamienisty odcinek i wylania sie kawalek pustej plazy. Nasze jedyne towarzystwo to dzieci pasace kozy, ktore wykazuja nami duze zainteresowanie ;) (dzieci, oczywiscie). Wprawdzie to nie jest jeszcze white sand beach, o ktorym pisze LP (ta znajduje sie miedzy widoczna w oddali pierwsza i druga pagoda), ale nam w zupelnosci wystarczy.

W drodze powrotnej spotykamy Polakow (podroznikow)- malzenstwo z synem Mackiem.
Jestesmy swiadkami krecenia kolejnego odcinka birmanskiej telenoweli (trafiamy na dramatyczny epizod bo jedna z bohaterek zanosi sie placzem).

Spacerujemy po plazy, oddajemy sie drzemkom, jemy, smakujemy, probujemy i tak przez dwa dni ;)

Comments

0 responses to "CHAUNG THA BEACH (27-28.12.2010)"