Na autobus czekala juz kobieta, ktora zaproponowala nam nocleg. Do wyboru dwie opcje tansza 6-8$ i drozsza 10-12$ za dwie osoby. Wybralismy drozsza - przy mroznych nocach wolelismy miec pewnosc cieplej wody i troche przyjemniejsze wnetrza :) Totu/Tutu/Toto (kazdy z nas zna inna wersje tego imienia i mysle, ze kazdy ma racje ;) ) zaprowadzila nas do Eastern Paradise Hotel - miejsce nie bylo najgorsze wiec szybko poszlismy spac. Nastepnego dnia po sniadaniu umowilismy sie z nasza nocna znajoma na treking. Ruszamy nastepnego dnia o 8:30 rano, isc bedziemy 3 dni a konczymy wszystko wycieczka po Inle Lake.
Wiekszosc dnia odpoczywalismy po trudach podrozy. Zrobilismy sobie spacer do Nee Paya (Bamboo Pagody) przywitac 500 letniego, pokrytego zlotem Budde. Zanim jednak stanelismy przed jego obliczem musielismy pokonac kilkadziesiat schodow. W trakcie daleszej podrozy niejednokrotnie mielismy sie przekonac, ze Budda czesto bedzie wymagal od nas mozolnej wspinaczki po kilkuset nawet schodach zanim dostapimy audiencji ;) Pagody czesto wznoszone sa na wzgorzach, do ktorych prowadza tunele przykryte blacha falista i kryjace w swoim wnetrzu niezliczone ilosci stopni.
Skosztowalismy nepalskiej kuchni w jednej z knajp, wieczorem troche birmanskiej whisky co by dodac sobie sil na trekking ;)
Kalaw jest malym 40tysiecznym miasteczkiem bardzo popularnym wsrod brytyjskich kolonialistow. Niewielki targ w Centrum to klasyczne szwarc, mydlo i powidlo. Maly wybor owocow za to duzy wszelkiej masci whisky i lokalnego wina.
Internet jest, ale tylko na banerach reklamowych. Manager kafejki twierdzil, ze wolny. A my nie bylismy sie w stanie w ogole do niego dostac ;)
To stad rusza wiekszosc trekingow w strone Inle Lake. Nie ma problemu z wyjsciem na dzien (ok 7$), ale dopiero noclegi w birmanskich wiejskich chatkach dodaja wyprawie niesamowitego uroku.
Miejsce spokojne, daje w zasadzie pierwsza mozliwosc skomasowanego spotkania europejskich turystow w Birmie. Skomasowan to tez prawdopodobnie zbyt duze slowo bo widzielismy kilkanascie osob :)
Klimat tutaj panujacy wydal nam sie bardzo dziwny - w ciagu dnia bylo upalnie a w nocy temperatura schodzila do zera stopni. Moj polarowy spiwor nie dawal za bardzo rady i musialem korzystac z hotelowych kocow...
Warto wspomniec, ze w drodze do Kalaw po raz pierwszy zetknelismy sie i na wlasne oczy zobaczylismy nowa stolice Birmy (od 2005 roku) - Nay Pyi Taw.
Przed wyjazdem obowiazkowa kontrola drogowa a potem czlowiek wjezdza w zupelnie inny swiat. Azjatyckie Las Vegas in the middle of nowhere (pisane z cynizmem). Czteropasmowe, zupelnie puste drogi. Gigantyczne ronda. Wielkie hotele. Eleganckie wille. Bloki mieszkalne. I ani zywej duszy. Stolica od zera zbudowana na powierzchni 4600m2, calkowicie oswietlona co potwornie kontrastuje z cala reszta kraju, ktora udalo nam sie odwiedzic. Liczba mieszkancow to 900 tys (za Wikipedia). Dla porownania w Wwie mamy prawie 2 mln a BKK inna stolica azjatycka liczy sobie prawie 7mln! Yangun poprzednia stolica Birmy to 5 mln mieszkancow.
Zastosowana w tym wypadku gigantomania i przesada wywoluja niesmak.
0 responses to "KALAW (17.12.2010)"