Dowiadujemy sie, ze nie bedziemy maszerowac sami. Dolacza do nas Francuzka (Angdzelika) i jej dwoch rodakow.
Pierwszy dzien trekingu
Ok 09:00 ruszamy. Mozolnie pniemy sie w gore bo pierwsza czesc trasy wiedzie przez okoliczne gorki. Po 2 godz. docieramy do tzw. View Point, ktory jest niczym innym jak szczytem jednej z gorek i zasiadamy do lunchu - pyszne czapati z sosem guakamole.
Posileni ruszamy dalej i tak az ok 16:00 kiedy to docieramy do stacji kolejowej na nastepny nieco dluzszy postoj. Stacja malutka z licznymi gar-kuchniami. Obserwujemy przyjazd pociagu i zamet jaki temu towarzyszy - chwile wczesniej leniwie przysypiajacy handlarze zrywaja sie na rowne nogi i oferuja swoje dobra stloczonym w pociagu ludziom.
Ok 18:00 docieramy do pierwszego noclegu - birmanskiego gospodarstwa. Spimy w na poly drewnianym, na poly bambusowym domu, prosto na podlodze na rozlozonych tam materacach. Za prysznic sluzy nam wiaderko i woda ze studni, za WC - drewniany pochylony niczym krzywa wieza w Pizie wychodek. Na obiad smaczny ryz i roznego rodzaju gotowane warzywa. Na deser owoce. Zasypiamy blogo (nieco rozgrzani whisky ;). W nocy budzi nas wiatr szalejacy po izbie i przerazliwe zimno. Dzielnie wytrzymujemy do rana.

Drugi dzien trekingu
Pobudka 07:45. Rozgrzewa nas ciepla herbata, bananowe nalesniki z miodem.
Okazuje sie, ze Francuza dopadly klopoty zoladkowe, ale dzielnie rusza z nami w droge.
Dzisiaj marsz glownie po stosunkowo plaskim terenie (na poczatek), po drodze mijamy male wioski, rozdajemy upominki i rozgrzewamy serca widokiem uradowanych dzieci! Potem krajobraz nieco sie zmienia, robi sie bardziej gorzysto, wchodzimy w kolejne wawozy.
Po drodze mijamy potezne agawy, pola uprawne papryczki chili i jakze na czasie (w koncu zblizaja sie Swieta) gwiazdy betlejemskie ;)

Na lunch docieramy do wioski (ok 12:30), w ktorej znowu goszcza nas Birmanczycy. Palaszujemy noodle z jajkiem, zupe, pyszny awokado sos i salatke ze swiezych pomidorow.. Zapadamy w drzemke.

Pokonujemy gory i docieramy do klasztoru mlodych mnichow (sierot), ktorzy podziela sie z nami dachem nad glowa tej nocy. Procedura wieczorna podobna jak dzien wczesniej - 'prysznic' na dworze w zaimprowizowanej 'lazience', woda oczywiscie rzeska prosto ze studni, obiad i zmeczeni dosc wczesnie ladujemy w 'lozkach' (prad w klasztorze tylko do 21:00).

Trzeci dzien trekingu
0 05:00 nad ranem budzi nas spiew mnichow. Spimy w duzej izbie, ktora zaaranzowana jest na prowizoryczne sypialnie oddzielone matami a mnichom sluzy za sale modlitw,spotkan. Lezac w spiworach wsluchujemy sie w chlopiece glosy...
Sniadanie dosc wczesnie, o 06:00 bo do przejscia ostatni spory kawalek.
Sytuacja Francuzow pogarsza sie - teraz chorzy sa juz wszyscy. Rozdzielamy sie zatem i dalej idziemy z 'naszym' kucharzem (chlopakiem, ktory podczas trekingu gotowal nam posilki) a zmeczona choroba trojka w wolnejszym tempie pojdzie z Tutu.
Zanim jednak opuscimy to goscinne miejsce czeka nas audiencja u Glownego Mnicha Klasztoru. Zaproszeni siadamy na macie a Mnich dziekuje za przybycie. W podarunku kazdy z nas otrzymuje sznureczek (do zawiazania na przegubie dloni) z piecioma petelkami, ktore oznaczaja kolejno najwazniejsze osoby w naszym zyciu: Budda, Medytacja, Mnich, Rodzice, Nauczyciel oraz i naczelne jego zasady: nie zabijaj, nie kradnij, posiadaj jedna zone, nie klam i nie pij (whisky).
Do Inle Lake docieramy ok 11:00.
0 responses to "KALAW-INLE LAKE Treking (18-20.12.2010)"