W poniedzialek pozegnalismy Bangkok lekka nerwowka na lotnisku. Nasza kawa przedluzyla sie
a kolejka do kontroli paszportowej nadzwyczaj wolno sie przesuwala.
Po super dlugim sprincie z jednego konca lotniska na drugi dowiedzielismy sie,
ze....nasz lot jest opozniony ;)
Sama podroz minela jak z bicza trzasnal, 1,5 godziny w wiekszosci
przespany i wyladowalismy na lotnisku w Yangonie. No i tutaj pierwszy
szok! Wychodzimy z samolotu na przestronne i nowoczesne lotnisko. To
ma byc jeden z biedniejszych krajow na swiecie? Cos tutaj nie tak!
Wroclaw nie wiadomo czy kiedykolwiek doczeka sie takiego terminalu.
Dosc mila obsluga na lotnisku (zostalem wpuszczony do kraju przez
bramke dla dyplomatow ;) ). Odebralismy bagaze i stad zgarnal nas
taksowkarz. 8$ do hostelu nad ktorym zastanawialismy sie w Bangkoku.
Mielismy kilka opcji ostatecznie chyba skuszeni dobrym sniadaniem
wybralismy White House. Jak to powiedzial nasz taksowkarz "Maly white
house, nie ten z Waszyngtonu!" ;) Sam taksowkarz to tez ciekawa postac
bo jak powiedzielismy, ze jestesmy z Polski od razu wiedzial, ze Nasz
Wspanialy Ex Prezydent zginal w wypadku samolotowym!
White House okazal sie calkiem milym miejscem z bardzo sympatycznym
wlascicielem i ze sniadaniem "The best in the world as seen on
Discovery Channel" (jak glosi wielki napis w jadalni. Hostel ma 8-9
pieter w ciagu dnia jest otwarty mini "taras" na dachu z widokiem
na Shwedagon Paya i rzeke.


Szybko zostawilismy rzeczy, zgarnelismy wszystkie mozliwe mapki z
recepcji i wieczorem (o 18 jest juz ciemno) ruszylismy w poszukiwaniu
jedzenia. Kierowalismy sie w strone China Town ostatecznie jednak tam
nie docierajac. Miasto noca jest lekkawo przerazajace. Ciemne ulice,
ludzie ginacy w mroku, chodniki pelne wyrw (a Lonely Planet ostrzega
aby nie wpasc do rynsztoka ;) ) no i oczywiscie pelno, pelno smieci.
Zapachy sie mieszaja ale raczej nie w sposob tajski "troche czosnku,
troche rybki, troche rynsztoku" tutaj zapach to glownie
"rynsztok, czasem szczur, czasem karaluch" ;))
Ciekawym przezyciem jest bycie jedynym bialym na ulicy. Wszyscy mocno
zaciekawieni, usmiechaja sie do nas, staramy sie odpowiadac tym samym
unikajac jednoczesnie kolejnej chybotliwej plyty na chodniku :)
Weszlismy w uliczke gdzie byly same knajpy - pierwszy strzal, wszyscy
usuwaja nam sie sprzed drogi i robia nam miejsce przy stoliku - ups,
piwiarnia :) idziemy kawalek dalej, tutaj wewnatrz jakiejs knajpy
obsluga znajduje dla nas stolik i pokazuje menu....
Menu, wydaje sie to takie proste :) jednak nie jest, bo nasz birmanski
kuleje :) Menu jest po angielsku, cen brak. Kelner nie mowi nic oprocz
"yes, yes" i nie jest w stanie zrozumiec swojego menu w wersji
angielskiej ;) Pokazywanie palcem niewiele tutaj pomagalo ;) Udalo nam
sie ostatecznie zamowic noodle z kurczakiem i warzywami. Dostalismy
tez 2 kufle piwa Myanmar. Jedzenie dosc smaczne ale bardzo oleiste.
Sztanderce udalo sie nawet znalezc w makaronie fragment zakretki od
butelki :) Wszyscy jednak przyzylismy wiec nie bylo tak zle :)
Po powrocie do hostelu wypilismy sobie jeszcze "nasennego"
Manadalay Beer i polozylismy sie spac. Dobrej nocy :)
0 responses to "YANGON (13.12.2010)"